Golf – sport smętny i nadęty.

Słowo wstępne, dla tych którzy są tu przypadkiem – czyli dlaczego to czytasz.

Drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki, które już przewracają oczami na sam widok słowa „golf”), mamy pewien problem. Przez lata próbowaliśmy zachęcać Was do golfa w sposób poważny, elegancki i wyrafinowany. Mówiliśmy o „szlachetnej tradycji”, „sporcie dżentelmenów” i „inwestycji w zdrowie”. Skutek? Totalna nędza. Ludzie patrzyli na nas jak na sprzedawców odkurzaczy – uprzejmie kiwali głowami i szybko zmieniali temat na pogodę. Albo udawali, że mają pilny telefon od teściowej. A kobiety? One nawet nie udawały – po prostu mówiły „nie, dziękuję” i szły na jogę czy inny aerobik. Więc zmieniamy taktykę. Koniec z nudą. Mówimy jak jest! Bo jeśli nie możesz kogoś przekonać argumentami, rozśmiesz go, a potem wręcz kij golfowy, zanim się zorientuje! Tak głupio, tak bezczelnie i tak radośnie, żeby nie mógł się oprzeć. Zapraszamy na podróż przez świat golfa, gdzie jedynym wymaganym sprzętem jest stereotypowe poczucie humoru takie samo jak wasza wiedza o golfie (kije golfowe opcjonalne, ale zalecane do rzucania w krzaki).

Czym właściwie jest golf?

Ach, golf! Ten szlachetny sport to zielony balet frustracji, gdzie dorośli ludzie w cukierkowo pastelowych koszulkach polo i kraciastych gaciach udają rycerzy walczących z… wiatrakami. Dosłownie, bo wiatr to ich nemezis! No bo co może być bardziej ekscytujące niż spacerowanie po idealnie przystrzyżonej trawie, machanie kijem i liczenie, ile razy piłka wyląduje w piasku lub wodzie? To nie jest gra, to medytacja na temat życia: uderzasz mocno, a i tak wszystko kończy się w krzakach. Ale dobra, przejdźmy do sedna. Krótko – to sport, w którym „spokojna eksplozja” wkurzenia spotyka się z dziecięcą nadzieją, że tym razem to już na pewno się trafi. To nie gra. To terapia grupowa dla masochistów z kasą. Zacznijmy od gry w golfa w ogóle. Wyobraź sobie: wstajesz o świcie, pakujesz torbę z kijami droższymi niż nerki na czarnym rynku, i jedziesz na pole, gdzie jedynym wrogiem jest… wiatr lub trawa bardziej wypielęgnowana niż Twoja eks (której wcale nie podglądasz) na Instagramie. Albo twoja własna niezdarność. Celem jest wturlać białą kuleczkę do dziury oddalonej o pół kilometra. Brzmi prosto? Jasne, tak samo jak przekonanie teściowej, że naprawdę lubisz jej pierogi – teoretycznie możliwe, ale w praktyce kończysz z wynikiem, który wygląda jak numer telefonu. Golf to sport dla tych, co lubią udawać, że kontrolują chaos: „O, patrz, jak elegancko leci!” – a za chwilę: „Cholera, znowu w jeziorze!”. I pomyśleć, że ludzie płacą za to fortunę, zamiast po prostu pójść na spacer z psem. Ale hej, przynajmniej możesz pochwalić się handicapem – to taka liczba, która mówi, ile razy jesteś gorszy od ideału. Im wyższy, tym lepiej, bo wtedy możesz się usprawiedliwiać: „Jestem amatorem, ale z klasą!”

Teraz etykieta – och, ta święta etykieta golfa, czyli zbiór zasad stworzonych po to, byś czuł się jak w muzeum, gdzie nie wolno dotykać eksponatów. Najpierw ubiór: musisz wyglądać jak emerytowany bankier na wakacjach – spodnie w kratkę, koszulka z kołnierzykiem, buty z kolcami (bo bez nich trawa cię nie rozpozna). Żadnych jeansów, bo to profanacja! Aha, i kapelusz – obowiązkowy, żeby ukryć łysinę lub udawać, że jesteś z arystokracji. Na polu panuje cisza absolutna, jakbyś grał w szachy z duchami. Po prostu mów szeptem, bo trawa się stresuje a wróg czuwa! Krzyczysz „Fore!” tylko wtedy, gdy twoja piłka leci w kierunku czyjejś głowy – to taki uprzejmy sposób na powiedzenie: „Uciekaj, idioto, bo cię trafię!”. Nie wolno deptać linii puttowania rywala, bo to jak nadepnięcie na ogon kota – zemsta będzie słodka. I pamiętaj: zawsze naprawiaj divoty (te dziury w trawie po uderzeniu) – bo golf to nie tylko gra, to też ogrodnictwo dla leniwych. A po wszystkim? Ściskasz dłoń przeciwnikowi, mówisz „Dobra gra! Było miło” nawet jeśli przegrałeś o 20 uderzeń, i udajesz, że nie chcesz go walnąć kijem w kostkę. Etykieta to w zasadzie sarkazm wcielony: „Bądź miły, nawet jak nienawidzisz wszystkiego wokół”.

A strategia? O ho ho, strategia w golfie to mistrzostwo ironii – planujesz jak szachista, a kończysz jak clown w cyrku (sweterek w rąby już masz). Najpierw wybierasz kij: driver na dalekie uderzenia, bo kto by nie chciał poczuć się jak Superman? Ale uwaga, strategia mówi: „Nie uderzaj za mocno, bo wylądujesz w bunkrze” – czyli piaskowej pułapce, gdzie twoja piłka udaje, że jest na plaży. Potem irons (żelaza) na średnie dystanse – tu strategia brzmi: „Celuj w fairway (taka ładnie i krótko przystrzyżona trawka), nie w drzewa”, ale życie wie lepiej i zawsze wybiera drzewa. Wreszcie putter na greenie – to taki młotek do frustracji na greenie, czyli tam, gdzie zaczyna się prawdziwa psychologia i kończy się resztka godności. Tu „oddychaj głęboko, wizualizuj dziurę” – a piłka i tak skręci w ostatniej chwili, bo golf nienawidzi optymistów. Dodatkowa funkcja kijów: W razie „W” (Wkurzenia), kijem możesz celnie walić o murawę albo rzucać w krzaki, drąc się wniebogłosy: „Czemu mnie to spotkało?!” To podstawa mentalnej regeneracji i zachowania klasy jednocześnie. Ogólna strategia? Unikaj hazardów (woda, piasek, krzaki), czyli wszystkiego, co czyni grę ciekawą. Mierz dystans laserem (bo oko to za mało dla nowoczesnego golfisty), analizuj wiatr (jakbyś był meteorologiem) i pamiętaj o swingu: biodra w lewo, ramiona w prawo, głowa nieruchomo – to jak taniec, tylko bez muzyki i partnerki. A jeśli przegrywasz? Strategia ostateczna: udawaj kontuzję lub obwiniaj pogodę. I zawsze możesz zgubić kartę wyników lub stwierdzić, że Twój wynik to „tajemnica państwowa” lub „dane wrażliwe objęte RODO”. Bo w golfie nie chodzi o wygraną, tylko o to, by wyglądać na takiego, co wie, co robi – nawet jeśli twoja piłka kończy w chabaziach poza polem.

Podsumowując, golf to genialny wynalazek: płacisz krocie, żeby się wkurzać, przestrzegać zasad jak w klasztorze i planować jak generał, a na koniec i tak wygrywa los (albo ta pani w różowej spódniczce, która nigdy wcześniej nie trzymała kija). Jeśli szukasz sportu, który nauczy cię pokory (albo hipokryzji na poziomie olimpijskim) – to jest to! Tylko pamiętaj: nigdy nie bierz tego na serio, bo inaczej skończysz jak ci wszyscy „profesjonaliści” – bogaci, ale znerwicowani.

Drogi Czytelniku i Droga Czytelniczko, jeśli dotarłeś/aś do tego miejsca, to znaczy jedno: masz poczucie humoru i jesteś gotów/gotowa na golfa! Dlatego zapraszamy Cię serdecznie, całym sercem i z otwartymi ramionami do Elitarnego Klubu Golfowego – EKG! Dlaczego EKG? Bo nasze serca biją dla golfa! (I tak, zdajemy sobie sprawę z tego skrótu – kardiolog nas nie sponsoruje, ale zdecydowanie powinien)

  • Co zyskujesz?
  • Regularny trening cierpliwości (przyda się też w małżeństwie)
  • Nowych przyjaciół i przyjaciółki (którzy też nie potrafią trafić do dołka, ale świetnie o tym opowiadają)
  • Wymówkę na 4-godzinne „spacery” z dala od obowiązków
  • Prawo do noszenia spodni w kratkę bez oceniania
  • Panie: prawo do wygrywania z mężami bez poczucia winy
  • Panowie: prawo do przegrywania z żonami z godnością (w miarę możliwości)
  • Historię, którą opowiesz wnukom: „Kiedyś rzuciłem kijem tak daleko, że…”

Podobne wpisy